Blogi Polityczne Add to Technorati Favorites Politics Blogs - Blog Top Sites
czwartek, 28 czerwca 2007

Juz nie pamietam nawet od kiedy pisze tego bloga. Teraz przyszedl czas na ostatni wpis. Nie popadam jednak w zalobny nastroj. I nawet nie dlatego, ze tak dobrze potrafie znosic zmiennosci losu. Powod jest zupelnie inny, po prostu nie zamierzam zamilknac i tylko przenosze sie w nowe miejsce. Enklawa nie zostaje wiec zamknieta ale wraz z calym dobytkiem przenosi sie jedynie na druga strone ulicy. Wszystkich, ktorzy do niej zagladali zapraszam pod nowy adres: http://enklawa24.blogspot.com/.

Na razie nie zamierzam usuwac Enklawy z blox.pl. Ciagle licze, ze moze kiedys bedzie mozna przegrac calego bloga na plyte i to wraz z komentarzami. Mysle, ze przynajmniej czesc wpisow zachowuje ciagle swiezosc i moze dobrze wypelniac swoje utylitarne zadania. Tym bardziej, ze przeciez wakacje wkrotce przemina i znow mlodzi ludzie zaczna pisac wypracowania (w jednym znalezionym w necie byl nawet przypis do mojej Enklawy co mnie bardzo rozczulilo). A i inni, ktorzy trafia tu przypadkiem moze znajda tu cos ciekawego...


poniedziałek, 25 czerwca 2007

Poczucie przynaleznosci partyjnej wsrod poslow w Polsce nie jest wysokie. Partie polityczne nie zdolaly jeszcze na stale zaistniec na scenie politycznej. Nie staly sie trwalym elementem tozsamosci nie tylko dla wyborcow ale i nalezacych do niej czlonkow. Tak sie niestety dzieje w panstwach, w ktorych demokracja jeszcze jest mloda. Politycy zamiast walczyc o zmiane w samej partii wola nierzadko utworzyc nowa. Co ciekawe czesto uzyskuja poparcie dla swoich dzialan wsrod elektoratu. W Polsce nadal zdjecie odium odpowiedzialnosci za przeszle dzialania poprzez zmiane szyldu partyjnego wciaz jest bardzo skuteczne. Nawet jesli dokonuje sie to tylko symbolicznie jak chociazby w przypadku SdRP i SLD.

Co wiecej czesto czlonkowie partii politycznych nie widza nic zlego w opuszczeniu swoich kolegow i przejsciu do "konkurencji" o ile ta zlozy interesujaca propozycje. Dobrym przykladem jest tu Andzej Sosnierz, ale nie tylko on. O tym jak popularna jest to w Polsce metoda pokazaly dzialania Andrzeja Lipinskiego w stosunku do poslow (i poslanek) Samoobrony. Jest to mozliwe bo przynaleznosc do partii politycznych traktowana jest w naszym kraju jako sposob na realizacje pewnych celow. Nie zawsze maja one zwiazek z dobrem ogolu czy chociazby wyborcow. Czesto jest to sposob na zrobienie kariery, dostanie dobrej pracy czy po prostu zarobienie sporych (na polskie warunki) pieniedzy w Sejmie. Nikt tu nie rodzi sie jeszcze SLDowcem czy PiSowcem. Jak tu na trwale identyfikowac sie z jakim stronnictwem jesli ono mimo zwycieskich wyborow moze nie wejsc do Sejmu nastepnej kadencji...

W starych demokracjach sytuacja wyglada inczej, chociaz i tam zdazaja sie przypadki zmian barw partyjnych. Interesujacym przykladem moze byc przypadek Joe Comuzzi'ego. Byl on poslem w kanadyjskiej Izbie Gmin z ramienia Partii Liberalnej od roku 1988. W Kanadzie wybory odbywaja sie regularnie od 1867 roku (dlaczego podaje ta date prosze zgadnac) i system partyjny mial sporo czasu na to by okrzepnac. Zasadniczo dzieki systemowi wiekszosci wzglednej w jednomandatowych okregach wyborczych, ktory obowiazuje od poczatku istnienia Kanady wyksztalcil sie tam system dwupartyjny. Po 1993 roku troche sie to zmienilo, jednak zasadniczo od roku 2004 ponownie wybory moga wygrac tylko dwie partie polityczne: Liberalna i Konserwatywna.

Dyscyplina partyjna w Izbie Gmin jest w Kanadzie posunieta tak daleko, ze poslowie chcac marzyc o jakiejkolwiek karierze musza byc posluszni wladzom partyjnym (wrecz liderowi). Bez poparcia partii politycznej wlasciwie nie ma czego szukac w polityce. Wyborcy w duzym stopniu glosuja na te same partie polityczne przez cale zycie. Popieranie jakiejs partii politycznej jest trwalym elementem tozsamosci. Niezadowolenie z jej posuniec czesciej wyrazane jest poprzez absencje w wyborach niz w glosowaniu na kandydata innej partii. W kazdym razie do niedawna tak bylo. Teraz w dobie mediow i wojny wizerunkowej jako glownego sposobu robienia kampani wyborczych troche sie to zmienia. Niemniej nadal zmiana barw partyjnych jest czyms niezwyklym i rzadkim.

Dlatego przypadek Joe Comuzzi'ego, ktory reprezentuje okreg Thunder Bay-Superior North wydal mi sie tak ciekawy. Nie nalezal on do "pierwszego garnituru" politykow Partii Liberalnej. Pelnil jednak funkcje w administracji, z ktorych musial zrezygnowac po tym jak zaglosowal przeciwko swojej partii w sprawie ustawy o malzenstwach osob tej samej plci. W nastepnych wyborach mimo tej niesubordynacji jednak wystartowal jako kandydat liberalow. Jednak wsparcie budzetu przedstawionego przez rzad konserwatystow bylo juz nie do zaakceptowania przez nowego lidera liberalow Stephane Dion'a, ktory po prostu wykopal go z partii. Na nic zdaly sie tlumaczenia, ze dzieki budzetowi w takim ksztalcie w jego okregu powstanie 300 nowych miejsc pracy (istytut badan nad rakiem).

Przez pewien czas Joe Comuzzi pozostawal poslem niezaleznym. Teraz ostatecznie zerwal wiezy z dawnymi kolegami i oficjalnie przystapil do konserwatystow. Przypadek ten wydaje mi sie wlasnie dlatego ciekawy, bo nie mam pojecia jak ten fakt ocenia jego wyborcy. Z jednej strony reprezentowal okreg Thunder Bay-Superior North od bardzo dawna i nie jest tam z pewnoscia postacia anonimowa. Z drugiej strony nie wydaje mi sie pewne by wyborcy liberalow zdecydowali sie go poprzec... Dlatego z ciekawosia bede czekal na wyniki wyborow nie tylko w calej Kanadzie ale rowniez w okregu Thunder Bay-Superior North.


czwartek, 21 czerwca 2007

Wydarzenia z tego tygodnia utwierdzaja mnie w przekonaniu, ze ekipa rzadzaca duzo lepiej sobie radzi w wywolywaniu konfliktow niz z ich rozwiazywaniem. Nie tak dawno, kiedy mialo dojsc do negocjacji miedzy rzadem a strajkujacymi lekarzami strona rzadowa zaprosila do rozmow rowniez przedstawicieli zwiazkow nie bioracych udzialu w protescie w tym pielegniarki. Naiwnie chyba wierzyli, ze dzieki temu beda mieli silniejsza pozycje negocjacyjna i po raz wtory uda sie im przetrwac stosujac strategie dziel i rzadz. Okazalo sie, ze postulaty "zjednoczenia" srodowiska medycznego powoli sie realizuja. Dzieje sie tak jednak nie wedle mysli rzadu ale wrecz wbrew niej. Nagle okazalo sie, ze pielegniarkom nie jest wcale tak daleko do lekarzy jak jeszcze pare dni temu. Wspolny "wrog" okazuje sie jak zwykle dobrym powodem do zapomnienia o wewnetrznych konfliktach.

Strategia stosowana dotad przez PiS zaczyna zawodzic. Przekonanie opini publicznej do swoich racji moze byc trudne bo protest pielegniarek godzi w wizerunek przychylnej "prostym ludziom" partii. Nie uda sie chyba tym razem zdyskredytowac przeciwnika na tyle by przestal byc on wiarygodny. Nie mozna przeciez wyciagnac teczek na strajkujace pielegniarki, mozna co najwyzej zagluszac ich komorki ale to tylko budzi jeszcze wieksza niechec do rzadu. Wbrew pozorom pielegniarki nie sa wcale tak bezbronne jak mogloby sie wydawac. Same nie zetra sie z policja, co innego ich mezowie i synowie pracujacy chociazby w gornictwie. Ich przedstawiciele z "Sierpnia 80" juz pojawili sie wsrod protestujacych. Przybycie wiekszej liczby zwiazkowcow moze spowodowac, ze policja nie bedzie juz tak chetna do podejmowania zdecydowanych krokow. Zamiast uzyc od razu sily najpierw pewnie zdecyduje sie na negocjacje...

Zastanawiam sie czy musialo dojsc do eskalacji konfliktu. Mam nieodparte wrazenie, ze rzad sam go wywolal swoimi nieprzemyslanymi dzialaniami. Poprzednie rzady rowniez niewiele robily, moze za wyjatkiem rzadu Jerzego Buzka. Ten rzad niczym szczegolnym sie nie wyroznil w tym wzgledzie. To co mialo decydujace moim zdaniem znaczenie to arogancja z jaka pan premier i jego partyjni wspolpracownicy traktuja pracownikow sluzby zdrowia. W swojej antykorupcyjnej krucjacie zamiast zajac sie powaznymi patologiami na celownik wzieli lekarzy. Lekarze sa podsluchiwani i ciagle nekani z byle powodu. Czyni sie z nich czarne owce pomijajac, ze "kultura klientelizmu" jest tak samo powszechna wsrod innych grup zawodowych. Wielokroc lekarze sa stawiani przez swoich pacjentow w bardzo trudnej sytuacji. Moga przyjac jakis drobny podarek i narazic sie na aresztowanie (za pare kilo miesa jak to mialo miejsce nia tak dawno) lub odmowic i sprawic przykrosc pacjentowi. Oczywiscie nie oznacza to, ze korupcja jest czyms dobrym i nie powinna byc scigana rowniez wsrod lekarzy. Chodzi jednak o zachowanie skali bo inaczej prowadzi to do poczucia krzywdy i sprzyja rodzeniu sie niepokojow spolecznych.

Swoje zrobila rowniez nieumiejetnosc wczucia sie w nastroje spoleczne tego rzadu. Bardziej gburowatego i nieczulego na innych mizantropa (nie mylic z mizogamia) nie mielismy na stanowisku premiera jeszcze nigdy. W imie niezrozumialych szerszemu ogolowi zasad utrudnia rozwiazania konfliktu. Doskonalym przykladem jest postepowanie w stosunku do siedzacych w Kancelarii pielegniarek. Zamiast sie z nimi spotkac i umowic na poniedzialek co od razu rozwiazaloby problem demonstracji premier i wiceminister Piecha wola sie puszyc i trabic wszem i wobec o okupacji kancelarii. Nie dziwie sie, ze pielegniarki sa pelne nieufnosci w stosunki do strony rzadowej... Nie dziwie sie, ze czuja sie rozzalone podejrzewajac rzad o chec przeczekania niewygodnej dla siebie sytuacji. Jak mozna powaznie potraktowac zapewnienia o poniedzialkowym spotkaniu skoro rzad nie kontaktowal sie z wladzami zwiazku w tej sprawie? Oglosil wszem i wobec i czeka, ze pielegniarki czym predzej przybeda. Moze sie jednak okazac, ze sie zawiedzie. Nie liczylbym na ich miejscu na zmeczenie pielegniarek...

Istotnym powodem wybuchu niezadowolenia jest rowniez archaicznosc w podejsciu do polityki PiS i braci Kaczynskich. Z jednej strony bardzo umiejetnie dzieki haslom populistycznym i wykorzystaniu marketingu politycznego tworza sobie poparcie wsrod wyborcow. Z drugiej jednak nie rozumieja, ze wspolczesnie rzad nie moze byc zamkniety w wiezy z kosci sloniowej. Ogladalem dzis na Planete film biograficzny, ktorego bohaterem byl Tony Blair. Byla tam taka scena, w ktorej naprzeciwko premiera stoi pielegniarka i podniesionym glosem wymachujac przed jego twarza rekami pyta go o to co zrobil, jak spelnil swoje obietnice. Wyraz jego twarzy jest niepewny ale stoi tam bo wie, ze powinien porozmawiac. Dla niego nie ma watpliwosci, ze skoro zostal wybrany przez ludzi to musi im sluzyc, nawet tym ktorzy sie z nim nie zgadzaja. Bardzo zaluje, ze nie bylo w filmie odpowiedzi Tonego Blair'a. Z pewnoscia jednak nie padlo "spieprzaj babo"...

Pan premier zachowuje sie jak pan i wladca na zamku, ktory nie ma czasu na sluchanie zwyklych ludzi. On wie, ze robi duzo wiec czego oni jeszcze od niego chca. Stara sie a tu tylko narzekania. Nie rozumie chyba ile mozna osiagnac wykazujac odrobine dobrej woli. Jesli ktos zastanawial sie nas fenomenem popularnosci Kazimierza Marcinkiewicza to teraz moze sie przekonac jak wazne sa w polityce gesty. Marzy mi sie by pan premier wybral sie do protestujacych jak Tony Blair nawet tylko po to by im powiedziec, ze nieczego obiecac nie moze. Trudno mi jest to jednak sobie wyobrazic bo by cos takiego zrobic trzeba miec szacunek dla innego czlowieka. Niestey Jaroslaw Kaczynski nadal definiuje wladze w opozycji do spoleczenstwa. Nie widzi ludzkich dramatow tylko nieprzyjazdna mase, z ktora sobie jakos trzeba poradzic. Nie za dobrze to wrozy pielegniarkom, lekarzom, rzadowi i nam wszystkim...


środa, 20 czerwca 2007

By odpowiedziec sobie na to pytanie przejrzalem nawet pare ostatnich wpisow. Ze zdziwieniem stwierdzilem, ze jest tak jak sadzilem dotad - prowadze bloga o polityce. W tym przekonaniu utwierdzaja mnie inni, ktorzy zdaja sie myslec podobnie. Z jakis powodow moj blog zostal wpisany na liste blogow politycznych i to nawet bez mojej zgody. Nie protestowalem bo to wlasciwie dla niego miejsce. Pisuje o polityce i jego obecnosc tam jest jak najbardziej uzasadniona. Okazuje sie, ze nie dla wszystkich... Dla administratorow bloxa blog jest niedostatecznie polityczny. Nie spelnia wymagan zgodnych ze wzorcem znajdujacym sie w Sevre pod Paryzem. Wykwalifikowana i w pelni profesjonalna osoba z bloxa potrzebowala 2 minuty i 25 sekund by to stwierdzic. Za duzo tu rzeczy, ktore z polityka nie maja nic wspolnego...

Czesto zagladam na Endgame Bartosza Weglarczyka. Moja sympatia do tego bloga wynika w duzej mierze z luzu z jakim jest on prowadzony. Nie brak tam tekstow, ktore na pewno by oblaly testy na "politycznosc" u administratorow bloxa. Mam wrazenie, ze dla nich bardziej profesjonalny jest np. karnawal "kaczych" dowcipow na Blog FM czy kilka slow komentarza do jakiegos tekstu prasowego. Powielane w nieskonczonosc informacje sa przeciez bardziej ciekawe niz proba analizy sytuacji podjeta przez jakiegos anonimowego blogera, ktory pewnie sie nie zna i jest glupi... Krotko mowiac dla bloxa Enklawa nie jest miejscem na tyle ciekawym by w nie inwestowac.

Nie pozostaje mi nic innego jak przyjac to do wiadomosci. Zgadzam sie, ze na bloxie dobrze sie pisze. Bardzo przyjemnie publikuje mi sie tu notki. Ale niestety nie ma w tym zadnej zaslugi bloxa. Sytuacja jest wiec dosc prosta, ja mam mozliwosc publikowania notek a czytelnicy mozliwosc ich czytania. Tyle tylko, ze kazdy serwis blogowy oferuje to samo. Odrzucajac sentyment do Gazety okazuje sie, ze jest wiele innych miejsc, ktore oferuja duzo lepsze warunki techniczne. Szablony sa ladniejsze, funkcji przydatnych przy publikowaniu wiecej. Co wazniejsze administratozy sa tylko po to by usprawniac dzialanie serwisu. Nie wchodza w role omnipotentnego demirurga od ktorego zalezy powodzenie bloga. Nie angazuja sie w jakies dzialania zastepcze jakim chociazby ostatnio jest spotkanie blogerow. Administratorzy sa anonimowi i nie tworza "spolecznosci" o przystapienie do ktorej nalezy zabiegac. Wszystko za to jest przejzyste i nikt nie zadaje sobie nawet pytan o ich bezstronnosc.

Dlatego zastanawiam sie, czy nie pojsc sladem innych blogerow i nie przeniesc sie w inne miejsce. Na razie jestem na etapie poszukiwan. Najbardziej sklaniam sie by podazyc za PLaNETa_tErrA, ktora czytywalem jeszcze kiedy byla na bloxie. Ale to nie jedyny blog o polityce, ktory sie z stad wyniosl. Nie tak dawno zrobil to Euromason. "Prawicowych ekstremistow" nawet juz nie sledze... Moze wiec i na mnie nadszedl czas... Nie moge sie pozbyc wrazenia, ze blox zaczyna podazac w strone Plotka i nie stara sie przyciagac wartosciowych blogerow. Ciesza sie na bloxie, ze lista blogow sie wydluza ale na innych portalach jest przeciez podobnie. Poprzez madra polityke moznaby przyciagac interesujacych ludzi, ktorzy maja cos ciekawego do przekazania. Pewnie bardziej przystawaloby to do wizerunku portalu gazety zajmujacej sie przeciez polityka niz lansowanie bloga o stanikach (skadinad ciekawego dla zainteresowanych). Dlatego nie sadze, by pojawilo sie jeszcze na tym blogu zbyt wiele wpisow. Teraz zajme sie poszukiwaniem nowego miejsca dla mojej enklawy. Jesli ktos ma jakies rady to przyjme je z wdziecznoscia.


poniedziałek, 18 czerwca 2007

W Kanadzie rozgorzal ostatnio spor wokol systemu wyrownywania dysproporcji miedzy prowincjami (zapisanym w Atlantic Accord). Rzad Stephena Harpera w zaproponowanym budzecie znacznie ogranicza pomoc dla najslabiej rozwinietych i najbiedniejszych prowincji nadatlantyckich. Wywolalo to na nowo dyskusje na temat solidarnosci miedzy prowincjami i co wazniejsze o statusie prowincji i relacjach miedzy nimi w ramach systemu federalnego. Gdzies w cieniu powraca tez problem reformy federalizmu np. poprzez zmiane sposobu wylaniania Senatu. Nie chce sie rozpisywac na ten temat, nie ma na to czasu na blogu. Zainteresowanych odsylam do stosownej literatury. Ja chcialbym zastanowic sie nad powodami tej decyzji i jej skutkami dla Partii Konseratywnej. Mysle, ze ma to sens szczegolnie w kontekscie oczekiwania na nowe przyspieszone wybory...

Nie moge sie pozbyc wrazenia, ze ta decyzja Stephena Harpera ma z nimi bezposredni zwiazek. Najbogatsze prowincje takie jak Ontario i Alberta od dawna patrza niechetnie na pozbawianie ich dochodow i przeznaczanie ich na polityke zmniejszania dysproporcji miedzy prowincjami. Decyzja Harpera z pewnoscia spotka sie tam z zadowoleniem. Dzieki temu posunieciu ma szanse na zyskanie paru punktow procentowych, ktore przeloza sie pozniej na nowe mandaty w Izbie Gmin. Co prawda w Albercie i tak konserwatysci w ostatnich wyborach zdobyli wszystkie miejsca ale Ontario staje sie dla nich terenem, bez ktorego zdobycia nie jest mozliwe uzyskanie wiekszosci. A jak wskazuja sondaze na razie zdecydowanie prowadza w tej prowincji liberalowie...

Jeszcze w latach 90-tych do wygranych wyborow wystarczalo zazwyczaj zwyciestwo w dwoch prowincjach: Ontario i Quebecu, ktore zamieszkuje ponad 2/3 ludnosci Kanady. Teraz po pojawieniu sie Bloku Quebeckiego dla dwoch najwiekszych partii politycznych strategia przedwyboracza stala sie duzo bardziej skomplikowana. Decyzja Harpera wydaje sie wiec byc zrozumiala i korzystna dla jego ugrupowania. Szczegolnie zwazywszy, ze prowincje nadatlantyckie maja stosunkowo malo ludnosci a co za tym idzie malo miejsc w Izbie Gmin. Dlatego Nowa Szkocja (NS - 11 miejsce), Nowa Fundlandia i Labrador (NF - 7), Nowy Brunszwik (NB - 10) i Wyspa Ksiecia Edwarda (WKE - 4) nie wydaja sie konserwatystom zbyt atrakcyjne. Przy 106 mandatach do zdobycia w Ontario rzeczywiscie 32 mandaty z prowincji nadatlantyckich nie robi wrazenia. Tym bardziej, ze w wyborach federalnych i tak zazwyczaj wygrywa tam Partia Liberalna (ostatnio 9 mandatow dla konserwatystow).

Dlaczego wiec jakos nie moge zgodzic sie, ze jest to dobra strategia dla konserwatystow. Jak zauwazyl na swoim blogu Matthew Hayday jest to wlasciwie gra o sumie zerowej. Konserwatysci byc moze zyskaja w Ontario i Quebecu ale za to straca w prowincjach nadatlantyckich i w prowincji Saskatchewan, ktora tez dotkna ciecia w budzecie. Jedyna wartoscia beda wiec krotkotrwale przesuniecia w preferencjach elektoratu. Nie wplynie to wiec zasadniczo na wynik wyborow ale skomplikuje relacje miedzy prowincjami i byc moze wywola nawet dalszy wzrost napiecia w ramach samej Partii Konserwatywnej.

Najglosniej i sposob najbardziej zdecydowany decyzji rzadu Harpera sprzeciwiaja sie dzis premierzy Rodney MacDonald (NS) i Danny Williams (NF). Obaj naleza do Patrii Konserwatywnej i obaj najwiecej na tej decyzji moga stracic. Dlatego walcza bardzo ostro. MacDonald nie zawachal sie nawet przed wezwaniem senatorow pochodzacych z prowincji nadatlantyckich do zablokowania tego rozwiazania w Senacie co z racji pozycji tej izby, ktora nie czerpie swojej legitymizacji z wyborow jest wielce malo prawdopodobne. Tym bardziej, ze w tradycji brytyjskiej zawsze za sprawy finansowe odpowiadala raczej izba nizsza... MacDonald wie jednak, ze teraz stoi w prowincji na czele rzadu mniejszosciowego i w razie porazki moze byc to koniec jego marzen o nowej kadencji...

W kontekscie sporu nie sposob nie zauwazyc, ze zjednoczenie konserwatystow jakie dokonalo sie w 2004 roku nie jest jeszcze zakonczone. Pekniecie miedzy dawna Partia Reform powstala na zachodzie a historyczna Partia Postepowo -Konserwatywna (torysi), ktora cieszyla sie popraciem w Ontario i prowincjach nadatlantyckich jest nadal widoczne. Obie partie roznil program i geografia. To co mialo miejsce w 2004 roku bylo wlasciwie wchlonieciem torysow. Skutki tego uwidaczniaja sie teraz w sporze wokol programu wyrownywania dysproporcji miedzy prowincjami. Gra Harpera niesie wiec ze soba pewne ryzyko. Do rozlamu raczej nie dojdzie bo wszyscy zdaja sobie sprawe, ze wtedy nie ma szans na zwyciestwo z Liberalami. Nie uwzglednianie interesow konserwatystow z prowincji nadatlantyckich moze skutkowac nie tylko spadkiem poparcia dla konserwatystow w tym regionie ale rowniez powaznymi konfliktami w ramach samej partii. Dlatego nie wiem czy gra warta jest swieczki...


sobota, 16 czerwca 2007

Sa takie informacje, ktore zawsze przyjmuje z duzym smutkiem. Z pozoru wydawac sie moga malo wazne ale po chwili zastanowienia nabieraja mocy. Od samej informacji wazniejszy jest bowiem kontekst. Tak bylo kiedy przeczytalem o mlodym czlowieku, ktory podpalil drewniana cerkiew. Nie mialo dla niego znaczenia czy to miejsce modlow prawoslawnych czy katolikow (akurat pelni ona funkcje kosciola katolickiego). Kierowal sie jak sam wyznal niechecia do kleru jako takiego. Czy moze byc w dzisiejszych czasach bardziej banalne wytlumaczenie...

Dla tego mlodego czlowieka nie bylo istotne to co podpala. Nie interesowalo go to, ze cerkiew powstala jeszcze w XIX wieku i w jej wnetrzu przechowywana jest XVIII-wieczna ikona z ubiczowanym Chrystusem. Dla niego nie byla to czesc naszego wspolnego dziedzictwa kulturowego ale "kawalek drewna", na ktorym zalezalo tym, ktorych nie lubil. Pewnie gdyby udalo mu sie zrealizowac swoj zamiar nawet nie poczulby sie winny. Ale pewnie nie tylko on... Bo przeciez nie staloby sie nic wielkiego. Ot, zniknalby jeszcze jeden malo funkcjonalny budynek do ktorego trzeba tylko doplacac z publicznych pieniedzy. A przeciez jest tyle biedy na swiecie, czy nie lepiej byloby wydac te pieniadze na jakis szczytny cel. Moze festyn z darmowym piwem a moze telewizory dla biednych by mogli partycypowac w naszej powszechnej szczesliwosci ogladajac na przyklad ulubione seriale.

Byc moze sami wierni byliby zadowoleni bo mogliby wybudowac okazala swiatynie taka jakich pelno w naszym pieknym kraju. I nie drewniana ale piekna murowana podobna do tej w Licheniu. Musze przyznac, ze to troche glupie tak dbac o te wszystkie "starocie" w epoce kiedy najbardziej liczy sie to co nowe. Coz moze byc pieknego w czym co zbudowano przed laty, przeciez teraz mozna lepiej. Owszem turysci rekompensuja w pewien sposob wszelkie niedogodnosci ale przeciez oni przyjezdzaja glownie po to by zrobic pare zdjec. Zazwyczaj musza sie nameczyc by wejsc gdzies wysoko pod gore. Co wiecej czesto na miejscu okazuje sie, ze czeka na nich tylko pare zmurszalych desek. Robia zdjecia by potem pochwalic sie udanymi wakacjami i ponarzekac troche na stan zabytkow. Gdyby pobudowac makiete za miastem dwa razy wieksza niz oryginalna pewnie byliby zachwyceni.

Dbanie o zabytki czesto stoi na drodze rozwojowi a co za tym idzie powszechnemu szczesciu, ktore jest juz przeciez bardzo bliskie. Swietnym przykladem sa piwnice Palacu Saskiego w Warszawie. Gdyby nie te pare cegiel juz dawno by zaczeto prace nad jego odbudowa. Wreszcie kilka wielkich firm mialoby godne siedziby i byc moze nawet czesc urzednikow przenioslaby sie tam z ratusza. A wszyscy mieliby wspanialy podziemny parking. Warszawiacy byliby zachwyceni podobnie jak turysci, ktorzy mogliby popijac kawe w  Ogrodzie Saskim w ogrodku wystawionym przez znajdujaca sie w Palacu kawiarnie. W kasie miejskiej znalazloby sie wiecej pieniedzy i wreszcie mozliwe by stalo sie zamontowanie wind w Zamku Krolewskim by nie trzeba bylo sie wspinac po schodach...

Oczywiscie ironizuje sobie wiec niech nikt nie potraktuje moich slow powaznie. Prawdziwa tragedia naszych czasow jest to, ze ludzie nie potrafia wyjsc poza to co tu i teraz. Niestety ubocznym skutkiem odrodzeniowego humanizmu jest skrajne zainteresowanie czlowiekiem. Jest ono tak daleko posuniete, ze wiekszosci ludzi nie interesuje juz nikt inny poza soba samym. Nasze zycie utracilo szerszy kontekst, nie ma juz znaczenia to co bylo i nawet to co bedzie. Ograniczamy sie do zycia w terazniejszosci dbajac by bylo ono jak najlepsze. Swiat dla nas sie skonczy wraz z nasza smiercia i nie potrafimy pomyslec o tych co beda za nami. To chyba jedna z przyczyn naszego wobcowania. Czujemy sie troche jakby ktos pozbawil nas przeszlosci. Nie chcemy jednak zrozumiec, ze sami sobie to zrobilismy. Mlody czlowiek, ktory kierujac sie prymitywnym gniewem zdecydowal sie na podpalenie zabytkowej cerkwi nie widzial w niej piekna. Nie potrafil dostrzec w niej nic wiecej niz paru desek. Kierowaly nim najprostrze emocje. Nie myslal o ludziach, ktorzy wznosili ta cerkiew, brali w niej slub i byli zegnani przed udaniem sie w swoja ostatnia droge. Nie uszanowal ich "historii" bo skupiony na sobie nie byl w stanie dopuscic mysli o innych.

Paradoksalnie wspolczesny turysta az tak bardzo sie od niego nie rozni. Owszem innymi sie kieruje "emocjami" ale skutki jego dzialan bywaja porownywalne. Wiele zabytkow jest doslownie rozdeptywanych dla dobrego zdjecia. Myslenie o przeszlych i przyszlych pokoleniach usowa sie w cien, gdy do glosu dochodza nasze potrzeby. Niezaleznie czy chodzi o turystow, troglodyte z zapalkami czy wladze duzych miast. Dla wiekszosci zabytki sa ciekawe o ile stanowia dobry towar. Przeszle pokolenia sa tak samo konsumowane jak wszystko inne. Pamietamy o nich o ile sa nam w stanie dostarczyc rozrywki. Nie zdziwilibym sie, gdyby w najblizszej przyszlosci za powszechna zgoda usowano przeszkadzajace postepowi starocia. Na ich miejsce powstawalyby nowe rzeczy, takie jak chociazby centra handlowe. Niewielu znam ludzi, ktorzy by porzucali domowe pielesze by ogladac jakas XIX wieczna kamieniczke. Znacznie bardziej pociagajaca jest nowa salatka w menu KFC czy tandetna fontanna w centrum handlowym. Jestesmy swiecie przekonani, ze zyjemy w najdoskonalszym z mozliwych swiatow i nie chcemy sobie zaprzatac glowy przeszloscia. Przeciez najczestrzym argumentem uzasadniajacym niszczenie srodowiska naturalnego jest to "ze czlowiek jest najwazniejszy". Dlaczego z wytworem rak ludzkich jakimi sa przeciez zabytki mialoby byc inaczej. Sam juz nie wiem czy nalezaloby zamknac wandala na 8 lat tak jak sugeruje to kodeks karny. Po takiej karze nigdy nie zrozumie tak naprawde za co zostal skazany. Za probe zniszczenia cudziej wlasnosci? Nie zdziwilbym sie gdyby taki postawiono mu zarzut...


wtorek, 12 czerwca 2007

Pod koniec maja wpadla mi w rece informacja o powrocie Gabriela Garcii Marqueza do miasteczka, w ktorym sie urodzil. Aracataca bo o ta miejscowosc chodzi byla pierwowzorem dla mitycznego Macondo stworzonego na potrzeby Stu lat samotnosci. Marquez wraca do domu po 25 latach nieobecnosci. Przez te wszystkie lata pisarz mieszka w Meksyku, z dala od toczacej sie w Kolumbii wojny. Co ciekawe jego sympatie polityczne czynily go osoba wiarygodna dla obu stron konfliktu co pozwolilo mu nawet pelnic role mediatora. O jego popularnosci niech swiadczy fakt, ze swego czasu odbylo sie nawet w Aracataca lokalne referendum, ktorym chciano zmienic nazwe miasta na Macondo. Okazalo sie ono jednak niewazne z powodu braku wymaganej frekwencji...

Podroz ma charakter bardzo sentymentalny. Pisarz nie tworzy juz tak intensywnie jak kiedys. Jego ostatnie dzielo Rzecz o mych smutnych dziwkach ukazalo sie w 2004 roku (jedna z nielicznych, ktorych nie mialem przyjemnosci przeczytac). Miedzyczasie Marquez skonczyl 80 lat wiec do dobra pora na tego typu podroze, tym bardziej, ze przebyta choroba nowotworowa ciagle przypomina mu o smiertelnosci. Mam taka cicha nadzieje, ze podroz ta bedzie dla niego stanowila inspiracje do napisania czegos nowego. Moim zdaniem to co najlepsze Marquez stworzyl czerpiac ze swojej (ale nie tylko) przeszlosci. Fantastyczna jest przede wszystkim atmosfera, ktorej sie nie wyczuwa na przyklad czytajac Raport z pewnego porwania. Dlatego ten powrot wydaje mi sie tak wazny. Przypomina bowiem Marquezowi cos co z wiekiem chyba troche ulatnialo sie z niego z dala od miejsca, ktore go uksztaltowalo.

Moja pierwsze ksiazka Marqueza, ktora przeczytalem bylo oczywiscie Sto lat samotnosci. Bylem jeszcze wtedy dosc mlody i chyba nie wszystko zrozumialem. Potem byly nastepne w tym moja chyba ulubiona Milosc w czasach zarazy... Trudno mi jest sobie wyobrazic kulture latynoska bez tworczosci Marqueza, ktora zdaje sie teraz byc zywotna jak nigdy. Dobrym potwierdzeniem tego jest 8 Festiwal Filmow Latynoamerykanskich, ktory zaczyna sie juz 14 czerwca w warszawskim Muranowie (i nie tylko). Znajda na nim rowniez cos ciekawego fani Marqueza. Na festiwalu bedzie pokazany brazylijski film Ruy'a Guerra'y Zla godzina, ktory jest adaptacja swietnej noweli Marqueza o tym samym tytule. Co wiecej organizatorzy festiwalu zdecydowali sie przeniesc na nasz grunt bardzo zywotna w swiecie latynoskim tradycje klubow dyskusyjnych. Po obejrzeniu filmu planowane jest spotkanie, na ktorym bedzie dyskutowany temat: Czy da sie sfilmowac realizm magiczny?. Jeszcze nie wiem czy sie wybiore na ten film bo mam juz kilka innych na oku i ograniczone zasoby finansowe. Juz kiedys pisalem na blogu o FFL i niestety musze podtrzymac wyrazona tam opinie. Bilety sa niestety dosc drogie... Ale co tam, od czasu do czasu warto chyba zaszalec:).


piątek, 08 czerwca 2007

Alterglobalisci nie maja zbyt dobrej prasy nie tylko w naszym kraju. U nas jest to o tyle dziwne, ze przeciez "nasz" odlam ruchu wybiera bardzo spokojne metody protestu. Z drugiej strony alterglobalizm jako taki jest u nas czyms zupelnie obcym i niezrozumialym i przez to moze byc definiowany wedle upodobania. Coz stoi na przeszkodzie by alterglobaliste  wyobrazac sobie jako zamaskowanego lewaka z koktajlem Molotowa w jednej dloni i  kijem bejsbolowym w drugiej. Kieruje sie on w swoich dzialaniach nienawiscia i checia niszczenia. Mozna go okreslic jako wspolczesnego Huna lub Wandala. Jesli bedziemy pamietali skad wziela sie fatalna opinia o tych ludach to jestem, w stanie sie nawet z tym zgodzic. Otoz stworzyli ja Rzymianie a my uwierzylismy w ich propagande. Z alterglobalistami jest podobnie, maja oni kiepska opinie bo niewiele o nich wiadomo a jedyne co sie przedostaje do mediow to zamieszki i komentarze nieprzychylnego mu "establishmentu". Orgaznizowane przez nich konferencje naukowe (np. ta, ktora sie toczy w cieniu szczytu G-8) nie sa ciekawe i wiadomosc o nich nie ma nawet szans by stac sie newsem.

Oczywiscie telewizja nie klamie donoszac o zamieszkach, skupiajac sie jednak na malym wycinku zawziecie ignoruje reszte. Alterglobalizm ma faktycznie spory problem. Nie jest to bowiem jednolity ruch polityczny. Alterglobalizm laczy w sobie bowiem wiele nurtow, ktore czasem nawet sa sobie wrogie. Oprocz srodowisk lewicowych takich jak socjalisci, socjaldemokraci czy anarchisci jest tam wielu ludzi, ktorzy z lewica tradycyjna nie maja zbyt wiele wspolnego. Silny jest nurt ekologiczny, feministyczny czy pacyfistyczny. Moza znalezc tam ludzi zwiazanych z Kosciolem Katolickim, ktorych pociagaja takie hasla jak pomoc dla najbiedniejszych (glownie umorzenie dlugow panstwom afrykanskim). Sa rowniez reprezentowane srodowiska liberalne dla ktorych szczegolnie wazne sa kwestie przestrzegania praw czlowieka. Pewnie znalazloby sie i paru konserwatystow, dla ktorych postep (w dziedzinach chociazby takich jak uprawy transgeniczne) jako taki jest podejrzany...

Taka niejednolitosc ruchu alterglobalistycznego rodzi wiele problemow. Podstawowym jest brak scentralizowanych organow. To bardzo luzne zrzeszenie organizacji pozarzadowych roznej masci, ktore spotykaja sie i rozmawiaja. Czesto bywaja oskarzane o to, ze tylko gadaja a nic nie robia. W pewien sposob jednak taka jest ich rola bo alterglobalisci nie tworza partii politycznyh i nie biora udzialu w wyborach. Ich zadaniem nie jest zdobycie wladzy ale wskazanie na istnienie pewnych problemow. Byloby to zreszta niemozliwe zwazywszy na roznice miedzy poszczegolnymi nurtami, o ktorych wspominalem. Nie mozna dostac certyfikatu bycia alterglobalista ale tez nie mozna byc z tego ruchu wyrzuconym. Stad dzialanie w jego obrebie wielu organizacji radykalnych, ktore nie unikaja przemocy...

Co zatem laczy tych wszystkich ludzi mimo oczywistych miedzy nimi roznic. Ja bym to okreslil jako pewna wrazliwosc wynikajaca ze swiadomosci, ze proces globalizacji moze miec inne sprawiedliwsze oblicze. Laczy je niechec do kapitalizmu, przy czym nie mozna powiedziec, ze wszyscy sa przeciwnikami wolnego rynku. Czesc wrecz sadzi, ze nie ma juz wolnego rynku. System wielkich korporacji ich zdaniem doprowadzil do monopolizacji a gra sil rynkowych od dawna jest juz tylko pozorna. Laczy wreszcie przywiazanie do demokracji i praw czlowieka. Wskazuja, ze trudno korzystac z praw obywatelskich kiedy umiera sie z glodu. Staraja sie tez laczyc kwestie gospodarcze z prawami czlowieka (np. uzaleznianie inwestycji od ich przestrzegania). I co chyba najwazniejsze wskazuja, ze proces globalizacji niesie szereg zagrozen, ktore nie moga byc juz rozwiazywane na szczeblu panstw narodowych. Doskonalym tego przykladem jest walka z globalnym ociepleniem...

Skad wiec niechec do alterglobalistow skoro wiele ich postulatow popiera np. Benedykt XVI? Mam wrazenie, ze niestety tresc przeslania forma (protestu). Co wiecej spora czesc postulatow alterglobalistycznych jest realizowanych. W jakim stopniu nawet przywodcy G-8 powoli przyjmuja optyke alterglobalistyczna. Niestety dzieje sie to powoli i przez to niektore grupy radykalizuja sie coraz bardziej. Zreszta skoro o globalnym ociepleniu mowi nawet Bush, glowny wrog kazdego alterglobalisty (zwiazany z lobby naftowym, republikanin i zwolennik wojny) to moze to rodzic frustracje. Dlatego wielu mlodych ludzi radykalizuje sie jeszcze bardziej... Ci bardziej umiarkowani wchodza do glownego obiegu.

Nie ukrywam, ze alterglobalistyczna wrazliwosc jest mi bardzo bliska. Traktuje ja jako wyraz nowego patrzenia na problemy szybko zmieniajacego sie swiata. Duzo sie udaje zrobic. Dobrym przykladem jest ewolucja podejscia do prawa patentowego w odniesieniu do firm farmaceutycznych. Okazalo sie, ze jest mozliwe sprzedawanie np. lekarstw pomocnych przy AIDS w Afryce po cenach wielokrotnie nizszych, dopasowanych do kieszeni ludzi tam zyjacych. Zmienia sie powoli rowniez ocena globalnego ocieplenia. Niestety wiele innych spraw wciaz jest lekcewazonych. Mam nadzieje, ze ten wpis skloni niektorych do blizszego przyjzenia sie alterglobalizmowi. Przypominaja mi sie chwile podczas demonstracji alterglobalistow w Warszawie. Wiekszosc sklepow w obawie przed zamieszkami zabezpieczyla wystawy sklepowe i zamknela swoje podwoje. Pamietam strach pan w sklepie na Al. Solidarnosci tuz przy Placu Bankowym, ktore spoznione z przerazeniem zamykaly sklep i nie daly sie namowic na sprzedaz demonstrujacym wody. Pamietam tez lodziarnie na Jana Pawla II, ktora dzieki demonstracji miala pewnie rekordowe obroty. Nie tylko dlatego zalecam ostroznosc przy ocenie zjawiska alterglobalizmu...


poniedziałek, 04 czerwca 2007

"I go out seal hunting with my best friend Tarka,
but all I want to do is get into his parka.
I'm the only gay eskimo in my tribe".

Corky And The Juice Pigs

O tym jak duzo jeszcze brakuje rozwinietym spoleczenstwom zachodnim do kraju na Wisla pokazuje sprawa Crystala Saunders'a z kanadyjskich Terytoriow Polnocno-Zachodnich (NWT). Ten uczen szkoly sredniej postanowil wykonac w szkole wespol z kolegami komediowy utwor grupy Corky And The Juice Pigs noszacy politycznie niepoprawny tytul Eskimo. Dyrektor szkoly zabronil jej wykonania argumentujac, ze byloby to "niewlasciwie" i moglo urazic "innych". Do konca nie wiadomo kim owi inni sa i to jest wspaniale. U nas nie pozwolonoby jej wykonac w szkole bo bylaby to propaganda homoseksualna. Tam oficjalnym powodem bylo uzycie niepoprawnego politycznie slowa Eskimos... Dyrektor szkoly jednak nie zaprzecza, ze poruszana kwestia preferencji seksualnych bohatera piosenki tez czesciowo wplynela na jego decyzje... Niezaleznie od uzasadnienia piosenka ostatecznie nie zostanie wykonana wiec czlonkowie LPR moga juz slac listy z gratulacjami do Lorne Guy'a, ze udalo mu sie skutecznie przeciwstawic promocji homoseksualizmu...

Newspaper Rock

Mamy sprawe z pozoru porownywalna z "afera teletubisiowa", ale jej wydzwiek jest zupelnie inny. Jednak to nie ta skala, dyrektor szkoly na koncu swiata to nie RPD. W Polsce gmera sie przy bajkach dla najmlodszych a w NWT zakazuje spiewania starej (z 1993 roku) naigrywajacej sie troszeczke z homoseksualizmu piosenki. Wniosek nasowa sie tylko taki, ze to my zyjemy w naprawde wolnym kraju a nie przemadrzali Kanadyjczycy. Oni musza ukrywac swoje intencje, szukac wybiegow by moc podejmowac decyzje w zgodzie ze swoimi przekonaniami. Musze przyznac, ze glupota w obu sytuacjach jest porownywalna chociaz mnie nadal bardziej surrealistyczna wydaje sie sprawa Teletubisiow. I to wcale nie z wrodzonego patriotyzmu...

Jednak nie ten nachalnie propagowany przez naszego wielkiego ministra edukacji homoseksualizm zaciekawil mnie w tej calej historii. Dyrektor Lorne Guy w swojej decyzji powolywal sie na tzw. polityczna poprawnosc. Stawial sie w roli obroncy Innuitow przed okreslaniem ich pogardliwym mianem "zjadacza surowego miesa". Nie byloby moze w tym nic zlego, gdyby nie fakt, ze Crystal Saunders jest Innuitem z plemienia Inuvialuit a dyrektor Guy nie... Moglby wiec wykazac sie nieco wieksza delikatnoscia. Nie wiem dalczego tak sie nie stalo. Czy zawazyla niechec do homoseksualizmu czy wciaz sie tlace gleboko poczucie lepszosci, wynikajace z bycia "bialym protestantem".

Mam wrazenie, ze ten drugi powod mogl miec spore znaczenie. Mysle, ze to jeden z powodow z kiepskiej integracji imigrantow przybywajacych do panstw zachodnich. Z jednej strony jest polityczna poprawnosci i gladkie slowka, a z drugiej irracjonalna niechec i poczucie wyzszosci. Podkresla sie czesto jak bardzo ci imigranci nie chaca sie integrowac zapominajac na jakie przeszkody napotykaja. I tak nieco pokretnie przechodze do Moussa Aynana, Holendra pochodzenia marokanskiego, ktory od lat walczy o prawo do nadawania dzieciom imion wedle wlasnego uznania a nie z listy jaka dostarczyl rzad Maroka. Podobnie dzieje sie w Belgii, tam rowniez imigrantom przedstawia sie liste z imionami przeslanymi przez ich kraj pochodzenia (np. Turcje). Urzednicy przedstawiajacy liste sa przekonani, ze to swiadczy o ich tolerancji i otwartosci na odrebnosc kulturowa imigrantow. Uniemozliwiajac nadawania imion europejskich symbolicznie odmawiaja jednak prawa swoim "nowym" obywatelom do asymilacji.

W obu przypadkach grupy mniejszosciowe musza sluchac pokornie co jest sluszne. Ktos za nie decyduje co jest dla nich obrazliwe a co nie. Mlody Inuk nie moze spiewac o Eskimosach, Moussa nazwac swojego syna Ruud czy corki Beatrix. W imie poszanowania pewnych wartosci odmawia sie im prawa do podmiotowosci. Oczywiscie ochrona mniejszosci jest bardzo wazna. Slusznie Innuici protestuja, gdy ktos nazywa ich Eskimosami. Maja do tego prawo. Pojawienie sie takiego okreslenia w oficjalnych dokumentach wzbudzileoby i we mnie chec protestu. Czyms innym jest jednak piosenka satyryczna, ktora juz chyba weszla do kanadyjskiej (i nie tylko) klasyki. Podobnie jest z Moussa i jego prawem do wyboru imienia dla dziecka. Tu rowniez kierowano sie szlachetna potrzeba ochrony grupy mniejszosciowej. Gdyby odmowiono zarejestrowania dziecka pod imieniem Abdul to sam bym protestowal. W obu przypadkach potrzeba ochrony zostala potraktowana tak szeroko, ze zatracila swoje cele. Rygorystyczne przestrzeganie pewnych zasad zamiast chronic doprowadzilo niestety do ograniczenia wolnosci. Na szczescie nam w Polsce to nie grozi bo u nas nie ma "swietych krow" i nikogo sie nie chroni. Mozna spokojnie uzywac takich slow jak pederasta, judajczycy czy murzyn, ktory dla wiekszosci jest neutralny znaczeniowo. To dopiero jest wolnosc!!!


piątek, 01 czerwca 2007

Nie daje mi spokoju sprawa smierci 31-latka z aresztu na warszawskiej Pradze. Jednego dnia wchodzi dobrowolnie na komisariat by zlozyc zeznania a pare dni pozniej wraca do domu w foliowym worku. Nie potrafie odpowiedziec na pytanie dlaczego rodzina nie dowiedziala sie sie o aresztowaniu, dlaczego nie dowiedziala sie od razu o probie samobojczej, dlaczego nie dano jej szansy by byla przy nim w godzinach jego walki o zycie. Ba, nie zawiodomiono jej bezzwlocznie o jego smierci. Tlumaczenia policji, ze byl dorosly ocieraja sie o absurd. Nie wiem tez jak w ciagu 30 minut mozna z koca skrecic sznur i sie na nim powiesic. Niejasnosci jest znacznie wiecej. Ja nadal nie przesadzam tego czy 31-latek nie byl torturowany.

Nie bardzo rozumie bute policji, ktora jeszcze smie oskarzac prof. Rzeplinskiego zamiast sie skupic na wyjasnieniu sprawy. Stawia sie w roli ofiary, ktora ucierpiala przez slowa pana profesora. Wzruszajaca jest ta korporacyjna solidarnosc ale niestety wejscie w ta role jest moim zdaniem sprzeczne z okreslonymi w ustawie o policji zadaniami. Policja ma rozwiazywac sprawy, w ktorych jest choc cien watpliwosci, ze moglo dojsc do popelnienia przestepstwa. Zarzut, ze prof. Rzeplinski opieral sie tylko na relacji jednej ze stron (rodziny) jest absurdalny wlasnie dlatego, ze policja nie moze byc strona. Rodzina 31-latka ma moim zdaniem uzasadnione watpliwosci i prof. Rzeplinski mial prawo dac im wyraz. Jego glos bedzie na pewno bardziej slyszalny. Strasznie zlosci mnie gdy policja zamiast zajac sie rozwiazaniem sprawy grozi kara za znieslawienie czy skladanie falszywych zeznan. W takiej sytuacji nie powinno sie skladac zadnych zawiadomien o popelnieniu przestestwa. Ktos tu po raz kolejny myli prawo karne z cywilnym...

Przypomina mi sie opowiesc mojej siostry, ktora byla przesluchiwana przez trzy godziny w charakterze swiadka. W sklepie, w ktorym pracowala zostaly ukradzione spodnie. Zlodzieja zatrzymal ochroniarz na bramce. Towar byl zabezpieczony wiec wpadl on na "goracym uczynku". Byly dowody rzeczowe, zeznania ochroniarza a nawet film ze sklepowej kamery (niestety nie w przebieralni) ale Policji to nie wystarczylo... Moja siostra zostala poddana takiemu przesluchaniu, ze do teraz jak widzi policjanta to przechodzi na druga strone ulicy. Kilkadziesiat razy byla pytana o to samo: czy widziala jak zlodziej przymierzal spodnie, czy widziala jak chowal je itp. Oczywiscie wszystko ciagle przeplatane milym pytaniem czy wie co grozi za skladanie falszywych zeznan. Dodam, ze spodnie byly warte niewiele powyzej 200 zlotych...Jestem przkonany, ze gdyby byla wlascicielka malego sklepiku i wtedy zdarzyla sie podobna kradziez nie zglosilaby tego. Policja bylaby zachwycona bo statystyki bylyby przeciez lepsze...

Przypomina mi sie rowniez opowiesc mojego znajomego. Mial urodziny i zaprosil "pare" osob. Rzecz dziala sie na warszawskiej Pradze. Nieco po polnocy skonczyl sie alkohol wiec on jako gospodarz i jeden z nielicznych trzezwych udal sie do najblizszego sklepu nocnego. Mial pecha, zostal przed sklepem aresztowany i przewieziony na komisariat. Tam byl przesluchiwany przez cala noc. Okazalo sie, ze niedaleko sklepu zostala brutalnie zgwalcona dziewczyna a on byl "lysy" co automatycznie stawialo go w gronie podejrzanych... Podobnie jak w przypadku 31-latka nie pozwolono mu poinformowac rodziny o tym gdzie sie znajduje. Byl przesluchiwany przez cala noc. Oczywiscie nie byl bity (dostal tylko pare razy po glowie) ale to niewielka pociecha. Ciagle byl wyzywany i grozono mu. Robiono wszystko by tylko przyznal sie do winy z nazistowska lampa w oczy lacznie. Nie zrobiono nic by sprawdzic jego wersje zdarzen mimo, ze bylo to przeciez banalnie proste. Zostal zwolniony dopiero nastepnego dnia po poludniu. Zgwalcona dziewczyna oczywiscie nie rozpoznala w nim gwalciciela. Wczesniej nie mogla bo byla w szpitalu. Mozna bylo przeslac tam zdjecia ale po co skoro podejrzany juz byl... Chec wykazania sie byla tak silna, ze pozwolono prawdziwemu przestepcy spokojnie sie ukryc.

Wlasciwie moj znajomy nie byl torturowany. Nie podlaczano go do pradu, nie obito mu nerek ani nawet nie grozono nabita bronia. Nie pozwolono mu tylko spac, troche poznecano sie psychicznie czyli nic wielkiego. Chyba nawet uslyszal niesmiale przepraszam. I co z tego, ze wlasciwie nie bylo rzadnych dowodow jego winy. Z 31-latkiem bylo o tyle inaczej, ze jakies dowody byly. Pewnie nie na tyle mocne by przesadzaly o winie i to bylo jego nieszczesciem. Wyobrazam sobie (a doswiadczenie podpowiada mi to i owo) co dzialo sie przez te dni, podczas ktorych policja robila wszystko by podejrzany przyznal sie do winy. Nie wiemy czy byl bity ale to nie jest najwazniejsze bo przeciez znecanie sie moze miec zpelnie inny charakter. Co musi przezyc czlowiek by odebrac sobie zycie. Nie wiem ile grozi za rozboj ale chyba nie az tak wiele by zdecydowac sie na tak radykalny krok. Chyba ze byl niewinny... Tego tez niestety nie moge przesadzac. Niestety policjanci robia to zawsze. Dla nich kazdy jest potencjalnym podejrzanym. Taka optyka czasem ma uzasadnienie ale w spoleczenstwie demokratycznym musi byc obwarowana wieloma zastrzezeniami. Sa prawa, ktore musza byc bezwzglednie przestrzegane a w przypadku 31-latka jest juz pewne, ze nie byly. Nie dziwi wiec reakcja RPO Janusza Kochanowskiego, ktory zapowiedzial bardzo stanowczo, ze "nie odpusci".

Czy zatem policja jest zla ze swojej natury? Oczywiscie nie, czesto jednak jej funkcjonariusze nie bardzo rozumieja, ze po 1989 roku cos sie zmienilo. To nic niezwyklego bo z "przestawieniem" sie na zycie w demokratycznym kraju, ktory gwarantuje szeroki zakres praw obywatelskich ma problem cale spoleczenstwo. Swiadczy o tym chociazby popularnosc ministra Ziobro i jego pomyslow na zwalczanie przestepczosci. Ucielesnieniem tej wiary sa sady 24 godzinne, ktore nawet maja swoje uzasadnienie. Wynikaja one z pewnej optyki, wedle ktorej wazniejsze od zachowania procedur majacych na celu maksymalizacje ochrony praw obywatelskich jest szybkie i dotkliwe karanie. Po rzadami ministra Ziobro klimat zdecydowanie sprzyja sciganiu "przestepcow", takich jak chociazby moj znajomy czy 31-latek z warszawskiej Pragii. Nie zarzucam mu oczywiscie bezposredniej odpowiedzialnosci za te wydarzenia. Jednak jego rzady sprzyjaja takim dzialaniom policji. Bo jak moze byc inaczej, kiedy zamiast zwiekszac efektywnosc instutucji mu podleglych zwieksza ich kompetencje i wymaga sukcesow za wszelka cene... Jesli jednak przyjmiemy, ze liczy sie narod a nie jednostka to w sumie nic sie nie stalo. Caly narod przeciez kocha nasza policje!!! Szkoda tylko, ze obywatele beda ja coraz bardziej nienawidziec...


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17